Nie jestem wielkim fanem sportów walki. Jakoś nie rajcowało mnie nigdy oglądanie dwóch kogucików w ringu czy na macie, z których każdy chciał udowodnić światu, że jego grzebyk jest bardziej czerwony, a „kukuryku” głośniejsze. O ile wszystkie inne sporty (może poza gimnastyką artystyczną, pływaniem synchronicznym i wszechstronnym konkursem konia wierzchowego) jestem w stanie oglądać nawet się na nich za bardzo nie znając, to wszelkie bijatyki w stylu boksu, judo, zapasów i tym podobnych oglądam tylko okazjonalnie i to najczęściej przy okazji igrzysk olimpijskich, gdy walczą nasi reprezentanci. Ale ostatnio pojawiło się MMA…
Oglądanie walk Mixed Martial Arts stało się w naszym kraju ostatnio tak popularne jak swego czasu oglądanie skoków narciarskich za najlepszych lat Małysza. W sumie dobrze się to ogląda, bo zasad nie ma prawie żadnych i wygrywa ten, który ma więcej pary w łapach i szybciej obrzydzi drugiemu przebywanie na ringu. Szybko można się więc stać specjalistą od MMA i znawcą tematu. Wielkie gale organizowane przez polskie „agencje wojowników” mają olbrzymie branie, bo pokazanie się na widowni, najlepiej w pierwszych rzędach, jest teraz trendy i cool, świadczy o zasobności portfela (bo bileciki najtańsze nie są) albo dobrych znajomościach. Z tego samego powodu kiedyś celebrytom i politykom marzły dupy pod Wielką Krokwią. Teraz przynajmniej jest im ciepło, a i na piwko czy drinka też się można gdzieś przy okazji załapać, żeby potem mieć więcej siły w gardle, żeby drzeć się „Jebnij mu!! Teraz!! Tak, kurwa!!”.
O ile jestem wielkim fanem niewątpliwego talentu Mameda Khalidowa, po którym zwyczajnie widać, że to typowy wojownik z kaukaską krwią płynącą w żyłach, o tyle już kilku innych naszych fighterów to dla mnie raczej powód do drwin i szydery. Mariusz Pudzianowski, niewątpliwie największy mistrz wśród strongmanów, teraz rozmienia swoją karierę na drobne. Jestem w stanie zrozumieć sportową ambicję zawodnika, ale nie jestem w stanie zrozumieć faktu, że „Pudzian” nie widzi tego, że się do tego sportu nie nadaje. Choć i tak jak wygrywa to się cieszę, bo go lubię i cały czas mam nadzieję, że dzięki sile woli i miesiącom treningów coś z niego jeszcze będzie i nie będzie obrywał od różnych „ogórków”.
Jednak moim „ulubieńcem” wśród polskich zawodników MMA jest Marcin Najman. Jak bym się nie starał to nie mogę w sobie wzbudzić nawet krzty szacunku dla tego gościa. Jaką „klasę” sportową prezentuje Najman najlepiej dowodzi fakt, że jedyne z czego go pamiętam przed MMA to super denny występ w sto dwudziestej szóstej edycji „Big Brothera” u boku takich „gwiazd” jak Jola Rutowicz, Jarek Jakimowicz czy Gulczas. I to nawet pomimo tego, że już tej edycji z obrzydzenia nie oglądałem w ogóle. Choć tam może jeszcze potrafił terroryzować swoich oponentów…
Jednego Najmanowi odmówić nie można – jest najbardziej wygadanym wśród wszystkich uczestników ringowych naparzanek. Sam sobie nadał chyba nawet przydomek „El Testosteron”, bo nie potrafię sobie wyobrazić, że ktoś to wymyślił za niego. Potrafi też na tyle skutecznie wkurzać ludzi (patrz: Przemek Saleta), że podejmują się walki z nim czując do niego już taką odrazę, że robią to w ramach działań „na odwal się”. Pierwsza walka Najmana z Pudzianowskim to był popis jednego aktora. „Pudzian” w 44 sekundy zrobił z niego pasztet kilkoma kopniakami i paroma młotkami, jakich nauczyć się można w ciemnej bramie na warszawskiej Pradze w środku nocy albo na kibolskiej ustawce…
Najmanowi było mało, więc wymyślił sobie przeciwnika, z którym potencjalnie miał jakiekolwiek szanse. Sportowy „emeryt” bez jednej nerki, Przemek Saleta, którego podziwiam do dziś za siłę spokoju, z jaką przyjmował wszystkie obelgi swojego przeciwnika, w pierwszej walce nie wyprowadził chyba nawet jednego ciosu, a i tak jego spryt w ringu wystarczył, żeby pyskatego rywala pokonać. W drugiej potyczce Najman ponownie chciał pokazać wygwizdującej go publiczności, że jego „cohones” są wielkości dwóch dojrzałych grapefruitów, a nie suchych rodzynek i ponownie rzucił się na Przemka jak żona z wałkiem na wracającego o 3 w nocy, nawalonego jak bombowiec, męża. A przecież już stare porzekadło mówi – żeby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała. Najman tej mądrości ludowej na treningach raczej jednak nie przerabiał. Jak pewnie żadnej innej mądrości…
Szczerze mówiąc myślałem, że na tym „popisy” Marcinka w ringu się skończą i przestanie się on publicznie ośmieszać. Okazało się jednak, że wizja zarobienia dodatkowych kilku złotóweczek jest o wiele silniejsza niż zdrowy rozsądek. Tym razem znalazł sobie jednak godnego siebie przeciwnika. Rywalem będzie „znany z tego, że jest znany” Robert Burneika. „Hardcorowy Koksu” to postać o tyle komiczna, że choć jego przydomek (a może nawet i nazwisko) zna pół Polski to nikt nie wie kim jest, skąd się wziął i co do cholery wpadło mu do głowy, żeby stawać nagle w ringu. Jego jedynymi osiągnięciami jest kilka występów w zawodach kulturystycznych, przepis na „stejki” i powiedzonko „nie ma opierdalania się!”. Cóż, kariera, że tylko pozazdrościć.
Tak więc czeka nas walka „El Testosteron” kontra „Hardcorowy Koksu” czyli były bokser, który w całej swej zawodowej karierze wygrał jedynie kilka walk z kompletnymi „kelnerami” przeciwko zawodowemu napinaczowi mięśni natartych olejkiem i samoopalaczem. No nie ma co, walka stulecia! Wniosek z tego płynie jeden – nie trzeba umieć się bić, żeby wystąpić na gali MMA! Trzeba być tylko znanym, posiadać jakiekolwiek mięśnie i mieć gadane za trzech. W związku z tym proponuję do następnych walk kogucików wystawić następujące pary: Tede vs Peja, Ryszard Kalisz vs Zbigniew Ziobro, Nergal vs ksiądz Natanek i Michał Wiśniewski vs Kuba Wojewódzki. Poziom sportowy tych wydarzeń będzie zapewne podobny co rywalizacji Najmana z Burneiką, ale emocje gwarantowane przez dobór par będą stały na pewno na wyższym poziomie!


(16 4,25na 5)
(5 3,60na 5)
